Byłoby co prawda w niejednej rodzinie o wiele lepiej, a przynajmniej o wiele mniej źle, niż jest obecnie, gdyby praca wychowawcza oparta była na uświęconym przez tradycję zwyczaju: byłaby w tym pewna ciągłość. Wychowanie takie uchodzi pospolicie za rzecz chwalebną, zupełnie normalną, usprawiedliwioną i rozumną. Musimy wszakże życzyć sobie więcej. Dobra do niedawna zasada: „Czyń każdy w swym kółku, co każe Duch Boży, a całość sama się złoży“, jako maksyma domorosłej pracy wychowawczej, czyli stare beztroskie: „Jakoś to będzie“, – w obecnych skomplikowanych, zmienionych warunkach życia już nie wystarcza. Płaszczyk tradycji może przysłonić brak zastanowienia i myśli pedagogicznej, ale nie może jej zastąpić. A najwięcej chyba jest na świecie ludzi, wmawiających w siebie zdolności pedagogiczne. I to jest właśnie tak często nieszczęściem wychowania i jego plagą, a powinno być troską ludzi, poważnie o wychowaniu myślących. A przecież wyczucie potrzeby samokrytycyzmu u wychowawców, pracujących w szkole zawodowo, jak i u wychowawców, pracujących w gronie rodzinnym nad własnymi dziećmi, może uchronić od wielu błędów i nieszczęść, a pracą wychowawczą może udoskonalić i ułatwić.