Do czego można by przyrównać wzajemny stosunek domu rodzicielskiego i szkoły?

Gdy stawiam to pytanie, przypomina mi się opowieść o zdarzeniu, które pono miało miejsce kiedyś w Łowiczu na jednym z dorocznych jarmarków świętojańskich na konie, sławnych ongi na pół Europy. W izbie podrzędnego zajazdu, na poddaszu, nocował jakiś przyjezdny. Było już dobrze po północy, gdy starozakonny gospodarz dobranym kluczem otworzył drzwi stancji i wprowadził człowieka, który w ubraniu położył się na kanapie i przykrył się burką. Pierwszy gość udawał, że śpi, ale nowy przybysz wydawał mu się podejrzanym. W obawie rabunku sięgnął tedy pod poduszkę, wyjął stamtąd schowany przezornie rewolwer i trzymał go pod kołdrą w pogotowiu do strzału. Ale i ten drugi miał również wszelkie powody do ostrożności. I on wyciągnął nieznacznie z futerału i ściskał w dłoni rewolwer, gotów odeprzeć napaść jednym ruchem ręki. Obydwaj skrzętnie nasłuchiwali, obserwując bacznie jeden drugiego i śledząc nawzajem swe poruszenia i oddech. Sen uleciał z ich powiek. Ale gdy zaświtał dzień, w izbie zajazdu poznało się dwóch zażyłych przyjaciół.